Notice: Undefined index: source in /www/assets/classes/UASparser.php on line 16

Requiem dla piły motorowej

Arłou Uładzimier


Requiem dla piły motorowej

Pewnej, dawno już minionej jesieni spotykałem się z kobietą, która zaczęła mi zarzucać, że za często milczę, a wtedy jej się wydaje, że jest mi potrzebna tylko do jednej rzeczy. Znakomicie przyrządzała grzane wino i miała jeszcze kilka innych rzadkich zalet, dlatego też, żeby uniknąć zbytecznych usprawiedliwień, na ogół starałem się nie milczeć.

Trzeba przyznać, że metafizyczne rozważania o sztuce jako usankcjonowanej halucynacji albo o śnie jako enklawie śmierci, w której uczymy się przyszłego doskonałego snu, nie wzbudzały jej nadmiernego zainteresowania, więc, żeby wypełnić przerwy pomiędzy zajęciami bardziej istotnymi, wynalazłem sposób bardziej prosty i niezawodny. Opowiadałem jej różne zajmujące historie. Z początku ich bohaterami byli znajomi, potem wykładowcy z uniwersytetu i koledzy z roku, a ponieważ jesień była dżdżysta i chłodna, a nasze młode ciała wciąż pożądały grzanego wina, retrospekcje szybko sięgnęły obszarów dzieciństwa i moja przyjaciółka usłyszała o Jurce Wiesiełowie.

W odróżnieniu od innych ta historia nie miała zakończenia. Po tym wszystkim, co się z nim wydarzyło w Połocku i Mińsku, Jurka trafił do Afganistanu, skąd nie powrócił ani żywy, ani w cynkowanej trumnie, mimo że pijany komisarz wojskowy wręczył jego rodzicom medal „Za Odwagę”. Wkrótce potem w Połocku zjawił się młodo wyglądający mężczyzna w wówczas supermodnym garniturze z grempliny. Przedstawiał się jako korespondent gazety w Moskwie i zamierzał napisać szkic o Wiesiełowie, a w tym celu najpierw chciał uzyskać informacje, jakie miejsce w życiu Jurki zajmowały kobiety i trunki. Nic temu „korespondentowi” nie powiedziałem, chociaż wiedziałem absolutnie dokładnie, że kobiety (a dokładniej, kobieta) oraz trunki (a mianowicie butelka białego wytrawnego wina) odegrały rzeczywiście fatalną rolę w życiu Jurki Wiesiełowa.

Kiedy owej jesieni smakowałem aromatyczny, gorący napój, nawet przez myśl mi nie przeszło, że po kilku latach w Cleveland, stan Ohio, poprzez znajomych Białorusinów będę zaproszony do domu człowieka o angielskim imieniu i nazwisku i o oczach koloru chabrów z jego kwietnika pod oknem, do człowieka, który otworzy butelkę whisky ręką bez dwóch palców, pośle swoją Peggy do kuchni, nagle przejdzie z angielskiego na rosyjski i zapyta bez najmniejszego akcentu, czy przypadkiem nie słyszałem, skoro jestem z Połocka, o swoim krajanie o nazwisku Wiesiełow, a kiedy na dnie butelki nie pozostanie już ani kropli bursztynowego napoju, historia Jurki otrzyma nieodwołalne zakończenie, dzięki czemu dzisiaj, przygotowawszy sobie kubek grzanego wina, mogę opowiedzieć ją wam od początku do końca. Niewykluczone, że w waszym gronie znajdzie się również kobieta z tamtych dżdżystych, jesiennych dni, która przypomniała mi się z powodu podobieństwa jej nóg do nóg mieszkanki Cleveland Peggy.

Jeśli mam opowiedzieć wszystko po kolei, to pewnie warto zacząć od tego, że gdzieś w Rosji jest miasto Guś Chrustalnyj, a w nim — sławetna huta szkła. Mógłbym znakomicie obejść się bez tej geografii, gdyby przed moim pójściem do szkoły nie wybudowano huty szkła także w Połocku i gdyby z owego miasta Guś Chrustalnyj nie przyjechali do nas rosyjscy specjaliści. Krótko mówiąc, jak głosi jedna z białoruskich pieśni ludowych lat trzydziestych XX wieku, „Moskwa przyszła nam na odsiecz”.

Nie wiem, jaką korzyść z tych specjalistów miała nasza huta, ale ich dzieci, które mieszkały w naszym bloku i uczyły się w naszej szkole, pozostały na zawsze w połockiej historii jako specjaliści w sprawach zgoła innych.

Chłopaki z Guś Chrustalnyj mówili czysto po rosyjsku, „okali” i nie rozumieli, co znaczy burak i kurmiel[1], ale wrażenie, że są to istoty z innego kraju, powstało z zupełnie innego powodu. W porównaniu z nami, rodowitymi połockimi malcami, „gąsiory” byli jacyś dzicy. Nie powiem, żeby ci przybysze nas unikali albo żeby byli niecywilizowanymi przygłupami. Wręcz przeciwnie, w naszym dziecięcym świecie „gąsiory” wyraźnie wyróżniali się bezczelnością, sprytem i okrucieństwem.

Nie chcę przez to powiedzieć, że my sami przypominaliśmy obrzydliwych maminsynków. Jednak nasze psoty, zemsty i porachunki miały, jeśli można to tak ująć, piętno tutejszości, miały miejsce zawsze po tej stronie dosyć dobrze wyczuwanej granicy, podczas gdy „gąsiory” z samego początku działali po drugiej stronie.

Mszcząc się za pociętą kuchennym nożem i wyrzuconą za furtkę futbolówkę mogliśmy wielką strzykawką wpompować wiadro wody emerytowi Akimowiczowi przez dziurkę od klucza, ale żaden z nas nie odważyłby się na nalewanie wody do baloników i zrzucanie jej z dachu naszego czteropiętrowego bloku na przypadkowych przechodniów, od czego człowiek o słabych nerwach mógł na miejscu umrzeć z przestrachu. Kryjąc się w krzewach głogu na alei Karola Marksa podrzucaliśmy na chodnik stary portfel na żyłce albo znoszoną damską torebkę, ale do głowy by nam nie przyszło, jak Witi Bojcowowi z naszej klasy, żeby zdjąć spodnie i, za przeproszeniem, narobić do tej torebki. My też nie lubiliśmy nauczyciela prac ręcznych, który podczas lekcji potrafił prawie każdemu uderzyć po karku swoją ciężką dłonią, ale długi gwóźdź w krzesło nauczyciela wbił nie kto inny, a „gąsior” Igor Goraczow, który już w ósmej klasie trafił do poradni wenerycznej z podejrzeniem rzeżączki. My, podobnie jak „gąsiory”, lubiliśmy także pomyszkować po piwnicach, ale nie muszę chyba specjalnie podkreślać, kto wymyślił swoisty sposób na wyłączenie oświetlenia w piwnicy. Jak się okazało, wystarczyło nasikać do matowej osłonki na żarówkę, potem ostrożnie przykręcić ją z powrotem i pstryknąć włącznikiem.

Już w pierwszej klasie „gąsiory” wprowadzili zwyczaj rozbijania kałamarzy o ściany szkoły przed pójściem na wakacje. To oni też przywiązywali puszki z kamykami do kocich ogonów oraz smarowali terpentyną kocie podogonia. Wydaje mi się, choć za to ręczyć nie mogę, że to oni przy pomocy tłuczonego szkła wyprawili na tamten świat starą żółwicę Tortillę z gabinetu biologii, o której nasz biolog mawiał, że urodziła się jeszcze przed wojną.

Trzeba oddać „gąsiorom” należne — chociaż na ogół unikano z nimi zadrażnień, jako nowi przybysze na obcym lądzie, niezmiennie trzymali się razem i zawsze byli gotowi do natychmiastowego rzucenia się sobie z pomocą w razie potrzeby. Oprócz już wspomnianych Igora Goraczowa i specjalisty od damskich torebek Witi Bojcowa do tej „gęsiej’ gromady należał Walerka Okarkow zwany Okarkiem.

Walerka był o rok starszy od swoich kolesiów i połączył się z nimi w klasie 5A, zostawszy na drugi rok z czterema dwójami. Przyniósł ze sobą jeszcze jeden przydomek nieznanego pochodzenia — Dagestaniec. Możliwe, że otrzymał go w związku ze swoją śniadą cerą i cygańskimi oczyma. Pierwszy przydomek uważano za bardziej familiarny i przeznaczony był do użytku wewnętrznego wśród „gąsiorów”, inni zaś, jeśli chcieli uniknąć nieprzyjemności, musieli nazywać Walerkę Dagestańcem. (Teraz biorę rewanż, nazywając go wyłącznie Okarkiem.)

Okarek od razu zajął miejsce przywódcy w trójce „gąsiorów”. Do tego predestynowała go i jego gitara, i błatniackie piosenki, a także i to, że był już nałogowym palaczem. Dodam, że był przy tym najładniejszym chłopakiem w klasie i kiedy zaczęliśmy organizować klasowe wieczorki, które wtedy nazywano „błękitnymi ognikami”, dziewczyny ustawiały się w kolejkę, żeby zaprosić Okarka do białego tańca, tym bardziej, że nie deptał po palcach i dobrze tańczył nawet walca, który dla mnie pozostał nieosiągalnym szczytem.

Chłopaki bali się Okarka i starali się nie wchodzić mu w paradę. Jeśli chodzi o mnie, to znienawidziłem go z całych sił od tych wakacji po ukończeniu trzeciej klasy, gdy po raz pierwszy pojechałem na obóz pionierski.

Obóz mieścił się koło Połocka w szkole z internatem, którego wychowankowie wyjeżdżali na lato do domów. Ci, co nie mieli gdzie jechać, zostawali i nie uznawali żadnych zasad, we wszystkim narzucając własne zwierzchnictwo prawem gospodarzy. Walerkę Okarkowa uznali za swego i jemu właśnie powierzyli egzekucję nad nami, gdy nasz najmłodszy zastęp zaprowadzono do kąpieli. Wpadłszy z dzikim wrzaskiem pod prysznic, gospodarze zakręcili ciepłą wodę, spędzili nas do jednego kąta i Okarek z dwóch węży z rozkoszą biczował naszą przerażona gromadkę lodowatymi strumieniami. Niektórzy z chłopców nie wytrzymali i zaczęli beczeć, ja zaś trzymałem się ostatkiem sił i drżąc z zimna wspominałem opowiadanie nauczycielki, jak to faszyści w obozie koncentracyjnym polewali ze szlauchów na mrozie pod gołym niebem radzieckiego generała Korbyszewa. Jak gdyby czytając w moich myślach, ktoś wykrzyknął słowo „faszyści” i podchwyciliśmy: „Faszyści! Faszyści!” Z zemsty banda z internatu przyniosła z szatni i przemoczyła na wskroś nasze ubrania.

Z biegiem lat zabawy Okarka i jego „gąsiorów” stawały się coraz bardziej niebezpieczne i nieraz miewały kryminalny posmak. Nawet nie wypada wspominać takich drobiazgów jak ściągnięcie kopiejek na bułki z cudzych kieszeni podczas lekcji wychowania fizycznego albo wyniesienie przez Okarka za pazuchą tomiku O’Henry’ego z księgarni „Świetacz”. W siódmej klasie „gąsiory” obrobili aptekę. Tym razem instynkt stada z jakichś powodów nie zadziałał: nie zdoławszy podzielić ukradzionych 56 rubli, trójka pobiła się w ciemnej bramie i została pojmana na miejscu przez milicyjny patrol.

W ósmej klasie posłano nas do kołchozu na wykopki. Tam „gąsiory” znowu się wyróżnili. Ich malownicze trio — szeroki w barach i zwalisty Goraczow, cyganowaty Okarek i chudzielec Bojcow — solidarnie zajęło najdalsze od rachmistrza wyorane kopaczką skiby i wykonało normę zebranych wiader ziemniaków dwa razy szybciej od innych. Po kilku dniach odkryto sekret: każdy z „gąsiorów” wypiłował z dykty drugie dno do swego wiadra.

W tej samej ósmej klasie młodziutka i skłonna z byle powodu do oblewania się malinowym rumieńcem nauczycielka historii otrzymała na lekcji zapiskę z propozycją wieczornego spotkania na szkolnym strychu. Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości co do celów spotkania, zaproszenie zaopatrzone zostało w kilka poglądowych rysunków. Dochodzenie przeprowadzone przez wychowawcę klasy nie dało żadnych rezultatów, jeśli nie liczyć listu przysłanego pocztą do nauczycielki z obietnicą zaszycia jej piczki i obcięcia cycek. Trudno mi było wyobrazić, co można było obciąć u naszej historyczki, ale nie miałem wątpliwości, że za tą groźbą stał Okarek.

Wątek ze strychem i piczką skończył się tym, że w naszej szkole pojawił się nowy historyk. Pewnego razu przyszedł na lekcję z rozpiętym rozporkiem, a gdy „przerabialiśmy” Wielką Rewolucję Francuską, nagle zaczął nam opowiadać o blokadzie Leningradu: jak tam zjadano ludzi i jak jego rodzina przetrwała jedynie dlatego, że babcia pracowała w Smolnym jako sprzątaczka i miała pozwolenie na zabieranie ze stołów i śmietniczek nadgryzionych kanapek z kawiorem, plasterków wędzonej kiełbasy, ciastek i innych partyjnych ogryzków. To było po prostu niewiarygodne, ale nasz nauczyciel usiadł przy stole i zapłakał, rozmazując łzy pięściami. Domyśliwszy się, że jest pijany, prawie uwierzyliśmy w jego niewiarygodną historię. Wkrótce historyka za pijaństwo albo też za tego typu wspomnienia wyrzucono ze szkoły — znalazł sobie posadę w sklepie spożywczym naprzeciwko, gdzie ostatecznie pogrążył się w alkoholizmie.

Możecie zapytać — a co to wszystko ma wspólnego z Jurką Wiesiełowem?

A to, że przyjechał do Połocka z Guś Chrustalnyj, jednak pozostawał wśród swoich ziomków białą wroną.

Na początek powiem, że w przeciwieństwie do innych „gąsiorów” rodzice nie wypisali Jurki z lekcji języka białoruskiego. Otrzymanie zwolnienia z tych lekcji w owych czasach było równie proste jak kupno porcji lodów za dziewięć kopiejek: jedni ze zwalnianych urodzili się w rodzinach wojskowych, inni w podmiejskich wsiach, ale w dokumentach zapisani byli z jakichś powodów jako Rosjanie, a jeszcze inni uważali siebie za Białorusinów, ale w opinii swoich rodziców tak bardzo męczyli się na innych lekcjach, że na język białoruski już nie mieli dość siły. W naszej klasie z trzydziestu uczniów mowy ojczystej uczyło się tylko osiem osób, a wśród nich — Jurka Wiesiełow, który przez długi czas nie potrafił nauczyć się wymawiania „u krótkiego” i regularnie mawiał „kawnier” i „nastawnik”[2].

Za uczęszczanie na lekcje białoruskiego Okarek i spółka pogardliwie ochrzcili Jurkę kołchoźnikiem. To nie był jedyny powód ich niechęci. W czasach, gdy gąsiory dopasowywali klucze do apteki i dzielili 56 rubli na trzech, Wiesiełow czytał Conan Doyle’a i Prospera Merimee. Podobnie jak i ja, Jurka miał do wyrównania stary rachunek z Okarkiem; zdaje mi się, że wtedy na koloniach, pod lodowatymi strumieniami wody z węży to właśnie on pierwszy wykrzyknął słowo „faszyści!”.

Nie powiem, żebyśmy byli przyjaciółmi. Odłączywszy się z samego początku od „gęsiego” stada Jurka nie dołączył do żadnej z naszych paczek. Nie bardzo się rwał do przyłączania do kogokolwiek, bo miał charakter typowego indywidualisty. Kiedy zaglądając w przeszłość staram się ujrzeć tego wysokiego, chudawego wyrostka ze schludną fryzurą i cienkimi, jak gdyby splecionymi z samych żył mocnymi rękami, którymi z zadziwiającą lekkością wspinał się po linie aż pod sam sufit sportowej sali, nie widzę obok niego nikogo. Do dziewiątej klasy, dopóki nie pojawiła się u nas Łarysa Żyłkina, Jurka nawet w ławce siedział sam. Jednak pozostawanie w samotności w takim wieku jest chyba niemożliwe, można w końcu zwariować.

Wrażliwa ambicja nie pozwala mi na stwierdzenie, że to Jurka Wiesiełow wybrał mnie. Powiedzmy, wybór był obopólny, choć fakt pozostaje faktem: to właśnie Jurka podszedł do mnie na przerwie i patrząc na mnie bez mrugania swoimi szarymi oczyma zupełnie nieoczekiwanie zapytał, czy zgodziłbym się wypróbować swoją odwagę.

Cóż można odpowiedzieć na tego typu propozycje w wieku lat czternastu?

Tak więc po lekcjach znaleźliśmy się pod mostem na Dźwinie.

Jurka wytłumaczył mi, że rzekę można przejść po moście nie tylko górą, ale i dołem, gdzie na wypadek wojny pozostawiono przejście dla saperów.

Pamięć o gwałtownych przeżyciach tamtego dnia przetrwała w moich leukocytach i erytrocytach do dzisiaj.

W ślad za Jurką wspinałem się po chwiejnych metalowych drabinkach z brakującymi szczeblami, przeciskałem się brudnymi włazami w betonie i przeskakiwałem niebezpieczne przerwy między blokami, skąd ciągnęło wilgotnym strachem.

Najbardziej niebezpieczny okazał się odcinek długości kilku metrów na podejściu do trzeciego filaru. Można go było pokonać jedynie po dwóch deskach przerzuconych pomiędzy kamiennymi blokami.

Deski, chociaż dość szerokie i grube, wyraźnie się uginały. Nad jakimś strumykiem przeszedłbym po nich z zawiązanymi oczami, ale tu, daleko, w zionącym chłodem dole, płynęła jesienna Dźwina. Moja podgrzewana domieszką cygańskiej krwi wyobraźnia natychmiast namalowała przede mną wiry i odmęty pełne oblepionych muszelkami topielców. Następnie mieszkańców dźwińskich głębi zamienił obraz linoskoczka z rozłożonymi nad otchłanią rękami. Tak właśnie, rozstawiwszy ręce, ruszył do przodu Jurka. Niebezpieczeństwo kryło się jeszcze i w tym, że deski były różnej grubości i sprężynowały pod nogami niejednakowo. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie, jak Jurka razem z deskami spada w dół. Mignęła myśl, że jeśli się będzie miało dużo szczęścia, jakoś się przeżyje. Pewnej zimy, rozbiwszy betonową balustradę, z mostu spadła wywrotka, ale lód wytrzymał i kierowca doznał jedynie wstrząsu mózgu. Po wyjściu ze szpitala napił się jak dorożkarz i zaczął rozrabiać na ulicy, a do milicjantów wykrzykiwał, że jest radzieckim kosmonautą i że kosmonautów nikt nie może zamknąć.

Gdy po chwili otwarłem oczy, Jurka stał już po drugiej stronie przepaści. Kusiło mnie, by opaść na cztery łapy i przepełznąć te metry na czworakach. Choćby nawet tysiąc drzazg wpiło się w moje ręce i kolana — wyciąganie ich będzie rozkoszą w porównaniu z tą potworną chwilą.

Most padał w powietrzną otchłań, a wnętrzności podchodziły mi do gardła. Tymczasem Jurka wyciągnął z kieszeni klucz, odwrócił się do mnie plecami i spokojnie zaczął nim coś wydrapywać. Jakiś wicher poderwał mnie z miejsca i przeniósł do Jurki. Obejrzałem się i zobaczyłem, że deski rozsunęły się i teraz stamtąd mógł się do nas przedostać chyba tylko kot.

Na ciepłej, chropowatej powierzchni filaru Wiesiełow wydrapał swoje imię. Ja też wyciągnąłem klucz i obok „Jurki” pojawił się napis „Wowa”. Jurka zastanowił się i dodał datę naszej wyprawy.

Mylicie się, jeśli sądzicie, że po tej próbie odwagi staliśmy się przyjaciółmi. Trzeba było jesiennych i na dodatek zimowych ferii, żeby Jurka znowu się do mnie odezwał, prosząc o pozwolenie obejrzenia u nas w mieszkaniu hokejowych mistrzostw świata.

Ówcześni kibice pamiętają, że hokejowe złoto dzieliły miedzy sobą wyłącznie drużyny Związku Radzieckiego i Czechosłowacji. Kibicowaliśmy tak zawzięcie, że już poczynając od świąt noworocznych przygotowywaliśmy grzechotki i witaliśmy dzikimi okrzykami i hałasem każdą bramkę zdobytą przez naszą drużynę. Co prawda wtedy, gdy Jurka Wiesiełow zasiadł obok mnie przed czarno-białym „Niemenem”, wyrośliśmy już z grzechotek. Zaczynały się lata siedemdziesiąte i mecze naszych z Czechosłowakami nabrały politycznego podtekstu. Po wielu latach na Staroměstskím Náměstí w Pradze znajomy Czech mi opowie, że u nich to się nazywało: oni nas czołgami, a my ich kijami hokejowymi.

Skłamałbym mówiąc, że miałem jakiś osobisty stosunek do sowieckich tanków przy Moście Karola. Zdrowego sceptycyzmu, który zdołał już zakiełkować w mojej duszy, wystarczało jedynie na to, żeby wyłączać telewizor, gdy pojawiała się plansza wiadomości. Ojciec kręcił gałkami naszego dobitego radia z adapterem „Biełaruś” niemal co wieczór, a ja nastawiałem odbiornik na „wrogie radiostacje” wyłącznie z powodu sobotnich audycji muzycznych.

Tak więc my — ja, Jurka i ojciec — oglądaliśmy mecz z Czechosłowakami: klaskaliśmy, chwytaliśmy się za głowy, zrywaliśmy się z miejsca i nerwowo chodziliśmy po pokoju. Jeśli nie liczyć grzechotek, wszystko szło jak zwykle, jak rok i dwa lata temu, ale trzecim okiem zauważyłem coś jeszcze. Ojciec klaskał jakoś nie w porę, a pochwyciwszy moje spojrzenie, szybko spuścił oczy. Pod koniec pierwszej części byłem pewien: ojciec kibicuje Czechosłowakom. Jakby tego było mało, z pewnych oznak widać było, że i Jurka jest po jego stronie. Ale i to było nie wszystko: odczułem z zakłopotaniem, że jakiś podstępny wirus antypatriotyzmu zbuntował też moją duszę. Ja także przyłączyłem się do zmowy. Skończyliśmy oglądać mecz w napiętym milczeniu, bojąc się wymieniać nawet spojrzenia. Doskonale pamiętam, że nie bacząc na naszą zdradę, „nasi” wygrali. Wymieniliśmy uściski dłoni i po męsku wstrzemięźliwie pogratulowaliśmy sobie zwycięstwa.

Hokej dokonał tego, czego nie udało się mostowi na Dźwinie: na wiosnę zaprzyjaźniliśmy się z Jurką naprawdę.

To wydarzenie miało wiele konsekwencji.

Po pierwsze, otrzymałem dostęp do biblioteki Jurki, w której rzuciłem się na ośmiotomowe wydanie dzieł Conan Doyle’a, a potem zabrałem się do zielonych foliałów „Historii powszechnej”.

Po drugie, dowiedziałem się, że Jurka marzy o karierze korespondenta zagranicznego i o podróżach do różnych krajów. (Wyznawszy tę tajemnicę, Jurka wymusił na mnie pisemną przysięgę milczenia.)

Po trzecie, dzięki Jurce po raz pierwszy piłem wino. Mój debiut odbył się w dniu ukończenia dziewiątej klasy. Siedzieliśmy z Jurką w jego pokoju z książkami, a on bez żadnych wstępów wydobył długą butelkę węgierskiego rieslinga zza opasłych tomów „Historii powszechnej”.

Piliśmy kwaśnawy riesling z kieliszków do koniaku, zagryzając świeżym chlebem i rodzynkami. Butelka nie zdążyła się jeszcze opróżnić, a ja, nieprzyzwyczajony, już widziałem Jurkę jak przez grube szkło akwarium. Jurka powiedział mi, że jest trzeźwy, bo każdego lata jeździ do krewnych do Zakarpacia, a tam zaczyna się pijać wino już od lat przedszkolnych. Ja nie miałem krewnych na Zakarpaciu, dlatego też po kilku dalszych kieliszkach z szafy z książkami wyraźnie mrugnął do mnie brodaty portret Hemingwaya. Przeląkłem się i zaproponowałem spacer. Jurka po głębokiej rozwadze oznajmił, że w taki dzień chciałby popatrzeć na rzekę, więc poszliśmy na Górny Zamek.

Tam, nad Dźwiną, która była świadkiem naszej odwagi, powiedziałem mu o lochach, tworzących w średniowieczu podziemny labirynt pod Połockiem, a Jurka solennie obiecał, że gdy zostanie dziennikarzem, przywiezie tu międzynarodową ekspedycję archeologiczną. Już zaczynałem przeczuwać, co znaczy męska przyjaźń: to zdarza się wtedy, gdy można razem napić się wina i wyznać przyjacielowi każdą tajemnicę.

Na Górnym Zamku usłyszałem, że Jurce podoba się nasza nowa koleżanka Łarysa Żyłkina, a na wiszącym moście nad Pałatą język mu się rozwiązał ostatecznie i dowiedziałem się dalszej części sekretu: ona, Łarysa, też nie pozostawała wobec Jurki obojętna. Oboje wyjeżdżają na wakacje, żeby w rozłące wypróbować swoje uczucia, a jesienią Jurka, jak się wyraził, powinien okazać się mężczyzną do końca, bo, oprócz wszystkiego innego, to było niezwykle ważne dla przyszłego dziennikarza. Przyznaję, że postanowienie Jurki wywołało u mnie pobłażliwe poczucie przewagi, bo chociaż nie próbowałem do tej pory wina, to smak innych zakazanych owoców był mi już znany.

Łarysa nie była w moim guście, ale ta szczupła, bez żadnego kantu lub wystającej kosteczki, zgrabna i giętka jak łasica dziewczyna z krótką kasztanową grzywką, spokojnymi liniami prawidłowej twarzy i zaskakująco figlarnymi muszkami w wielkich orzechowych oczach mogła oczywiście podobać się nie tylko Jurce. Patrząc na to z historycznej perspektywy, myślę, że mogłaby z nich być dobrana para. Wyobrażenie sobie Jurki obok Łarysy jest zadaniem całkiem prostym: jedyne wolne miejsce w klasie czekało właśnie przy jego stole. Warto dodać, że wybrance Jurki trudno byłoby wytłumaczyć, co to znaczy dziewczęca nieśmiałość. Na wieczorku pożegnalnym przed wakacjami sama zaprosiła sąsiada ze swojej ławki do białego walca (to ją zrehabilitowało w moich oczach za poprzednie tango z Okarkiem) oraz sama zaproponowała Jurce odprowadzenie jej do domu.

Magicznym słowem wskrzeszającym główne wydarzenia tego lata wraz z jego barwami i zapachami pozostanie dla mnie na zawsze Odessa. Spędziliśmy w tym mieście z ojcem dwa sierpniowe tygodnie, mieszkając w hotelu „Pasaż” na Derybasowskiej, skąd przywiozłem do Połocka dobrze schowany zeszyt z wierszami o brązowych iluminatorach, szklistych oczach meduz, tramwajach na Arkadię i falochronach na plażach Lanżeronu.

Większa część wspomnianych rymowanek miała przerażające dedykacje — GB, co jednak tłumaczyło się zupełnie niewinnie: Gali Bielawskiej. Pierwszego dnia w Odessie wsunąłem obsadkę za kąpielówki i popłynąłem do odległej boi, którą wybrałem, żeby uwiecznić imię mojej miedzianowłosej kochanki. Zamokłe wieczne pióro odmawiało pisania, ale po uporczywej walce z falami w końcu udało mi się wypisać drogie imię na czerwonej powierzchni ruchliwej boi. Potem, w tajemnicy przed ojcem, popiłem solidną porcję połkniętej morskiej wody szklanką białego wina z beczki na plaży i w szczęśliwym upojnym osłabieniu zasnąłem na gorącym grubym piasku w palących promieniach słońca.

A jeszcze każdego wieczora chodziliśmy na spacer po Derybasowskiej z jej wielojęzycznym tłumem mieszkańców Odessy i marynarzy o wszystkich kolorach skóry, oczu i włosów, z jej starodawnymi wagami, które pokazywały nie kilogramy, a pudy i funty, z wyskalowanymi też w pudach i funtach siłomierzami w kształcie okrągłych pluszowych poduszeczek ze schowanymi w nich sprężynami (chętni młócili poduszeczki gołymi i owłosionymi kułakami, a po metalowej listwie ze skalą podskakiwały ruchome mosiężne ramki ze strzałką, aż do czasu, gdy pewnego razu po ulicy przeszedł się Murzyn, który sam jeden metodycznie rozprawił się ze wszystkimi siłomierzami — zamiast pięści używał wygolonej głowy w kształcie jajka, w wyniku czego skali na listwach nie wystarczało i ramki leciały gdzieś aż w korony białych akacji). Spacerowaliśmy po Derybasowskiej z jej pijaczyną akrobatą w kapeluszu i ortalionie na gołym ciele, chodzącym wokół rozesłanego na chodniku płaszcza na rękach, podczas gdy jego małpka zbierała do kapelusza pieniądze, żeby potem dopomóc swemu właścicielowi w wypiciu butelki taniego wina na skwerze, po Derybasowskiej, która wydawała się mojej ówczesnej romantycznej naturze jakąś filią Zurbaganu i Gel-Giu z nowel Aleksandra Grina...

Pragnąłem, by to wszystko mógł zobaczyć i odczuć mój przyjaciel Jurka. Pod koniec sierpnia siedzieliśmy nad brzegiem Pałaty nieopodal starego cmentarza i po kolei obciągaliśmy z gwinta upojne młode wino przywiezione przez Jurkę z Zakarpacia.

Z kilku ostrożnych słów rzuconych przez Jurkę wynikało, że jego uczucie do sąsiadki ze szkolnej ławy wytrzymało próbę czasu. Niezbyt mnie to ucieszyło. W ostatnich dniach aż dwa razy widziałem Łarysę z Okarkiem.

Pierwszy raz była tylko obecna wśród podwórkowej publiczności słuchającej piosenek Walerki z akompaniamentem gitary. Przechodząc przez altanę usłyszałem jego przyjemny czysty głos:

Ma taki mały, całkiem mały fejs,
A usta ma czerwone niby maki,
Z powrotem rusza już kapitan w rejs,
Kochając swą dziewczynę z Nagasaki...

Drugi raz nie był taki niewinny. Gdy już nagraliśmy się w karty na dachu naszego bloku aż do otępienia, poszliśmy do kina „Ojczyzna”. Za nami polazł syn alkoholików z pierwszej klatki Wania Szpakow, uczeń czwartej klasy, z bukietem najbardziej podejrzanych upodobań. Wania już był w milicyjnej kartotece — za to, że poodkręcał złączki w autobusie z uzbeckimi artystami, którzy występowali w Połocku po ogólnie znanym trzęsieniu ziemi w Taszkiencie.

W kinie pokazywano jeden z niesamowicie popularnych wśród mieszkańców naszego miasta filmów indyjskich, ale to był seans dzienny, więc wygodnie rozsiedliśmy się w pierwszych rzędach do połowy wypełnionej sali. Gdy tylko bohaterowie filmu zaczęli się całować, czwartoklasista Wania radośnie wykrzyknął: „Patrzcie, liżą się!” Bileterka zawołała dyżurnego strażaka, który wypędził krzykacza, a wraz z nim i naszą ferajnę, na ulicę. W drzwiach obejrzałem się: w pustym tylnym rzędzie siedziała Łarysa z Okarkiem.

Pierwszego września zamiast na zajęcia znowu skierowano nas na dwa tygodnie do kołchozu do kopania ziemniaków. Na polu wychowawca w pierwszej kolejności sprawdził wiadra „gąsiorów”. Tym razem obeszło się bez wynalazków, ale niebawem babuleńka, u której mieszkał Okarek i spółka, poskarżyła się, że z jej szafy ukradziono piętnaście rubli i butelkę wina, więc „gąsiorów” wyprawiono do domu. Ja tęskniłem do swej Gali i po cichu zazdrościłem Jurce, który taszczył wiadra Łarysy, przynosił jej słodkie gruszki z cudzych sadów i zbierał liliowe bukieciki wrzosów w zagajniku koło ziemniaczanych zagonów.

Ta idylla musiała mieć ciąg dalszy. Gdy wróciliśmy do miasta, Jurka odkrył karty: w sobotę rodzice pojadą na daczę i Łarysa przyjdzie do niego na butelkę wina, która czekała w już mi znanym schowku. Jurka poprosił mnie o radio tranzystorowe „Okiean”, żeby złapać audycję muzyczną „Głosu Ameryki”.

Od owej soboty z losem Jurki splotła się tragiczna nuta. Rankiem po dniu „X” zatelefonowałem do niego, ale usłyszawszy mój głos, Jurka odłożył słuchawkę i więcej jej nie podnosił. Pomyślałem, że Łarysa wciąż jeszcze przebywała u niego, więc postanowiłem pozostawić przyjaciela sam na sam z nowymi uczuciami i przeżyciami.

W poniedziałek jego miejsce w klasie pozostało puste. Co się wydarzyło, gdy powinien był „okazać się mężczyzną do końca”, dowiedziałem się na ławce nad Dźwiną dopiero po tygodniu. Przez wszystkie te dni Jurka siedział w domu i nie podchodził do telefonu. Oczy Jurki były zapadnięte, nos się wyostrzył i upodobnił do dziobu siwego gawrona. Pamiętam, że wszelkie moje naiwne domysły krążyły wokół dwóch głównych wersji: impotencja i wstydliwa choroba. W rzeczywistości zaszło coś zupełnie innego.

Czekając na Łarysę w tamtą sobotę, Jurka z przerażeniem odkrył, że schowek za ciemnozielonymi tomami „Historii powszechnej” był pusty. Któreś z rodziców znalazło butelkę i zabrało ze sobą na daczę. Pieniędzy na jeszcze jedną butelkę Jurce nie wystarczyło. Honor nie pozwolił mu ani otworzyć drzwi przed Łarysą, ani pojawić się w klasie. Gdy mi to opowiadał, chłopakiem trzęsło jak w gorączce. Do tej pory się dziwię, że w ogóle był w stanie opowiedzieć o swoim dramacie.

Nie wymyśliłem nic lepszego niż wyśmianie go i stwierdzenie, że ludzi z takim wyostrzonym poczuciem honoru jest pewnie nie więcej niż jeden na milion. To był okropny błąd z mojej strony, ale, dalibóg, do dzisiaj nie wiem, jak powinienem był się wówczas zachować.

Tam, na naszej ławce nad rzeką, powiedziałem jeszcze coś więcej — że Łarysa wszystko zrozumie, że on, Jurka, jest wyjątkowym człowiekiem, że wierzę w ich miłość i naszą przyjaźń. Napotkawszy jego wzrok, wzdrygnąłem się: jego twarz zmieniła się w trupiobladą pogardliwą maskę. Jurka powstał i lekko się ukłoniwszy, rzekł: „Jest pan wolny”. Jeszcze i teraz widzę, jak Jurka, wysoki i przygarbiony, z podniesionym kołnierzem brunatnego płaszcza, wolnym krokiem odchodzi wzdłuż brzegu w zmierzch, oddalając się ode mnie na zawsze, a za nim biegnie zdziczały burek, obczepiony kolcami łopianu.

W poniedziałek nasz wychowawca powiedział, że rodzice przenieśli Wiesiełowa do innej szkoły.

Potem spotykaliśmy się wyłącznie przypadkowo i nigdy nie rozmawialiśmy. Zresztą, co mogłem mu powiedzieć? Że Łarysa chodzi z Okarkiem i że Okarek zajął w klasie miejsce Jurki obok środkowego okna? Albo że gdy graliśmy z Okarkiem w ping-ponga i ja, zostawszy z nim sam na sam, z zimną nienawiścią w sercu zapytałem pozornie obojętnym tonem, co go łączy z Żyłkiną, a ten z bezczelnym spokojem, badawczo nicując mnie wzrokiem i rozciągając słowa, odpowiedział: „Pierdolę ją. Wypierdolę do końca i wyrzucę. A jeśli zechcesz — oddam ją tobie”.

Za taką odpowiedź powinienem był rzucić się na Okarka z pięściami, ale wiedziałem, że chodzi wszędzie ze scyzorykiem. Drugi „gąsior”, Igor Goraczow, ten sam, który w ósmej klasie zachorował na trypra i nadział nauczyciela prac ręcznych na gwóźdź, już siedział za gwałt zbiorowy na czterdziestoletniej kobiecie z huty szkła, którą gwałciciele, takie same wyrostki jak Igor, złapali przed nocną zmianą i, zakleiwszy jej usta plastrem, zaciągnęli do baraku budowlańców. Podczas rozprawy odgrywał bohatera i nie przyznał się do winy z tego powodu, że nic nie zrobił, bo jedynie trzymał „kobitę” za nogę.

W kwietniu Łarysa urodziła dziecko.

W naszej szkole to był już drugi taki wypadek. Zeszłego roku dziesięcioklasistka Irka Klepacka urodziła malutkiego Japończyka — ojcem był któryś z cudzoziemców montujących urządzenia w rafinerii. Moja Gala powiedziała mi, że Łarysa urodziła siedmiomiesięcznego wcześniaka i że chociaż mogło się to wydawać dziwne, tak było lepiej, niż gdyby dziecko przyszło na świat miesiąc później.

W odróżnieniu od Irki, która już na porodówce zrzekła się maleństwa i zdawała egzaminy końcowe razem z rówieśnicami, Łarysa zatrzymała dziecko przy sobie i do szkoły już nie wróciła. Podczas egzaminów można ją było zobaczyć z wózkiem w parku kultury i odpoczynku „50-lecia Wielkiego Października”. Szczęśliwy ojciec już wtedy odsiadywał wyrok, bowiem w tradycyjnym sobotnim mordobiciu pod topolami koło placu do tańców puścił w ruch swój nożyk i nie zdołał umknąć przed milicyjnym patrolem. Kiedy spotykałem Łarysę z maleństwem, zawsze nawiedzała mnie myśl, że gdy jej syn wyrośnie, pokroi kogoś nożykiem i pójdzie w ślady ojca do łagiernej zony.

Dalsze informacje o Jurce Wiesiełowie są niepełne.

Też studiował w Mińsku, ale nie dziennikarstwo na uniwersytecie, jak marzył, lecz architekturę na politechnice, więc nie widywaliśmy się. Jedyny wyjątek zdarzył się wtedy, gdy zaniosłem mu przekazane z domu pieniądze.

Wszystkie łóżka w pokoju akademika, w którym mieszkał Jurka, były zajęte: na czterech spali odziani młodzieńcy, a na piątym, wczepieni w siebie jak kocięta, leżeli zupełni goli Jurka i ruda dziewczyna o tak wulgarnym wyglądzie, że od razu chciało się ją nazwać babą. Na zasłanym gazetą stole stały dwie patelnie z zastygłym tłuszczem i trzy albo cztery puste butelki po wódce. Udało mi się jakoś dobudzić Jurkę, a jemu, jakimś cudem, mimo mojej świeżej brody, udało się mnie rozpoznać. Z ledwością poruszając językiem wytłumaczył, że dzisiaj jest święto — Dzień Ptaków — i nie wstając z łóżka wskazał palcem na ścienny kalendarz młodego przyrodnika. Jego przyjaciółka przewróciła się we śnie na drugi bok i dopiero wtedy, z trudnością łowiąc moje spojrzenie, Jurka pogładził ją po białym tyłku i przykrył go razem z jej innymi wdziękami kołdrą. „A tobie tyle!” — podsunął mi pod nos figę i skrył się pod kołdrą.

Przed odejściem zdążyłem zauważyć, że jeden z towarzyszy Jurki spał przywiązany do łóżka mocnym sznurkiem. Nie zadałem sobie trudu, by rozsupłać jego marynarskie węzły.

W tamtych czasach prowadziłem dziennik, gdzie wrażenia ze spotkania z nowym Jurką wcieliły się w obraz (jak sądzę, nie bardzo udany i adekwatny) zepsutego zegarka.

Z pewnością kalendarz młodego przyrodnika, według którego żył pokój Jurki, miał wiele świąt, bo po jakimś czasie doszły do mnie wieści, że ratując się przed skreśleniem z listy studentów Jurka wziął urlop dziekański.

Życie już od tak dawna umieściło nas na różnych, odległych orbitach, że gdy na ostatnim roku otrzymałem list z wojskową pieczątką, uwierzyłbym prędzej, że o mojej osobie raptem przypomniał sobie sam minister obrony narodowej, niż w to, że może do mnie napisać Jurka Wiesiełow.

Pieczątka była moskiewska, ale list przyszedł z Afganistanu.

Można się było jedynie domyślać, w jakim potrzasku samotności i beznadziejności znalazł się Jurka, jeśli (i to z jego charakterem) nazywał mnie w liście jedynym przyjacielem.

Połowa tekstu na dwóch kartkach ze szkolnego zeszytu w kratkę znikła pod nieprzeniknionym atramentem z pióra cenzora. Najbardziej istotnym w ocalałym fragmencie było wspomnienie o Walerce Okarku. Jurka napisał, że gdy przyszło mu pierwszy raz strzelać do Afgańczyka, wyobraził przed sobą Okarka.

Do tej pory mam wyrzuty sumienia: dlaczego nie odpowiedziałem Jurce? Mogłem przecież napisać do Afganistanu, przemilczając powrót Okarka z zony, jak również i to, że po powrocie mieszkał u Łarysy, dopóki po kilku miesiącach znowu nie wysłano go pod konwojem gdzieś do Mordwy, po czym Łarysa zwąchała się z jakimś podejrzanym typem z Zadźwinia i zaczęła sprzedawać piwo koło domu kultury huty szkła.

Więcej żołnierskich listów — ani z moskiewskim, ani z jakimś innym stemplem — nie dostałem.

Finał tej całej historii mogę skonstruować tylko ze słów mieszkańca Cleveland z dwoma urwanymi palcami, dlatego też moja próba w sposób nieunikniony będzie naznaczona subiektywizmem. Ale wyobraźnia maluje ostatnie chwile Jurki na tyle wyraźnie, że odważyłem się przedstawić swoją wersję na papierze. (Prawdopodobnie występuje tu także egoistyczne pragnienie pozbycia się syndromu piły motorowej, bo po wieczorze w Cleveland nie jestem w stanie spokojnie słuchać jej warkotu, a lepiej nie wspominać, co się ze mną działo, gdy ostatnio ścinano stary wiąz na naszym podwórzu.)

Zamknąwszy oczy widzę wieczorną przełęcz górską w okolicach Heratu. Bitwa ustała całkiem niedawno, w powietrzu wciąż jeszcze unosi się zapach prochu. Jurka z ciasno skrępowanymi rękami leży na plecach w fioletowym cieniu ostrej dwugłowej skały, podobnej do otwartego drapieżnego dzioba. W nogi wpija mu się cienki sznurek, ale ani uciekać, ani nawet pełznąć ze zmiażdżoną golenią nie może.

Zmęczony dowódca afgańskich partyzantów, błyskając węglami agatowych oczu, zna cenę każdego słowa i otwiera usta nie więcej niż pięć razy. „Chcesz żyć — przechodź na islam” — pogardliwie przekłada tłumacz. Jurka nie odpowiada, patrząc w wypłowiałe od skwaru niebo, w którym, jak źrenica w bezkresnym obojętnym oku, zawisł sokół.

Dowódca odzywa się znowu, ale teraz tłumacz milczy, a pod skałą pulsuje oczekiwanie nieuniknionego. Do Jurki przypada młody partyzant w brudnym zielonym turbanie, spod którego oczy błyszczą nietutejszym chabrowym błękitem. „Zgódź się, Wiesiełow, słyszysz, zgódź się... — szepcze zachłystując się i połykając słowa. — Obrzezałem się i nic... Żarcie normalne... a baby tu takie... można odlecieć...” Jurka poznaje sierżanta ze swojej kompanii, który przepadł podczas akcji miesiąc temu. Tamten, obniżając głos jeszcze bardziej i lękliwie spoglądając kątem oka na dowódcę, namawia: „A potem, słyszysz, przez Pakistan machniemy na Zachód... Byłbym skurwysynem, gdybym... Nie bój nic... Nie my pierwsi, nie my ostatni... Pierdolenie cały ten ich islam...”

Jurka milczy. Możliwe, że widzi Dźwinę i naszą wyprawę pod mostem. Możliwe, że zbiera bukiecik wrzosów dla Łarysy. A może, patrząc na Afgańczyków, wspomina Okarka...

Ale — najprawdopodobniej — bezlitosny ból w nodze nie pozwala mu skupić się na niczym, więc pragnąc jak najszybciej zapaść się w zbawienną nieświadomość, po prostu patrzy bezmyślnie na wysokiego chuderlawego Afgańczyka, starannie zakładającego długi skórzany fartuch i do ostatniego momentu nie rozumie, po co tamten uruchamia zdobyczną piłę motorową...

Jan Maksymiuk

1 Po białorusku: burak i kiełb; odpowiednie rosyjskie słowa to свёкла i пескарь.

2 „U krótkie” — specyficzna głoska (półsamogloska) języka białoruskiego oznaczana w białoruskim alfabecie cyrylicznym jako ў. Wymawiana jest podobnie jak polska głoska „u” w słowach auto, kosmonauta. W podanych przez autora przykładach słowo kaunier (каўнер) oznacza kołnierz,