Notice: Undefined index: source in /www/assets/classes/UASparser.php on line 16

Requiem dla piły motorowej

Arłou Uładzimier


Płonęła świeca

Ilekroć słyszę znakomite Pasternakowskie „Płonęła świeca na mym stole, płonęła świeca”[1] (a jeszcze jak się zatnę przy goleniu), ogarnia mnie niezmiennie powracające wspomnienie. W tym wspomnieniu za oknami tak samo huczy z poświstem zawierucha, na stole płonie świeca i z kąta ciągnie cug. Ale na tym podobieństwo się kończy: kobiece pantofelki nie spadają ze stukiem na podłogę, gorący wosk ze świecy nie kapie na zrzuconą sukienkę, płomień pożądania nie unosi jak anioł swych skrzyżowanych skrzydeł, a para kochanków nie znika w zamieci egzystencjonalnego czasu.

W moich wspomnieniach patrzą na mnie szeroko rozwarte oczy kolegów z klasy, koło świecy leży kartka papieru, z której mam za chwilę odczytać tekst przysięgi, a wychowawczyni podaje mi żyletkę: mam ją najpierw wyjałowić w płomieniu świecy, potem przejechać nią po opuszce palca i podpisać się krwią. Drwiące spojrzenia chłopaków i wystraszone dziewcząt stają się nie do zniesienia. „Nie!” — krzyczę i zdmuchnąwszy świecę wybiegam na szkolny korytarz.

Tym samym zrywam uroczystość przyjęcia mnie do oddziału czerwonych tropicieli. Czas akcji — rok 1968. Miejsce — nowopołocka szkoła, do której zacząłem chodzić po przeprowadzce z Połocka, gdzie w takie rzeczy się nie bawiliśmy.

Mikroby pacyfizmu wtedy jeszcze do naszych prowincjonalnych Palestyn nie docierały. O ile dobrze pamiętam, wzorem pokoleń naszych poprzedników, bez opamiętania bawiliśmy się w wojnę.

Gdy poszedłem do pierwszej klasy, chłopcy trochę starsi ode mnie skazali na śmierć i wykonując wyrok powiesili pod mostem nad Pałatą swego rówieśnika, któremu przypadła rola Hitlera. Mówi się, że takie wypadki, zwłaszcza w pierwszych latach powojennych, zdarzały się nie tylko w Połocku.

Rolę esesmana grywał u nas z własnej woli Kola Kirpiczonek. Sprytnie strzykał śliną przez szczerbę w zębach i cedził: „Juden, komisaren, komunisten troche szczelat czeba”. Robił to tak naturalnie, że nasze małe dziecięce serca mroził strach. (Mój przyjaciel Wowa Cymerman, choć był najsilniejszy z nas wszystkich, nigdy w tej zabawie nie uczestniczył, zapewne z powodu swego kodu genetycznego; zamiast tego w piątej klasie zaczaił się na esesmana Kolę wieczorem w zaułku i bez słowa zbił go z rozkoszą na kwaśne jabłko.)

Na początku z tą wojną-wojenką wszystko było proste i jasne. „Nasi” obowiązkowo zwyciężali „Niemców”. I wszyscy „nasi” byli bohaterami, a „nie nasi” — tchórzami. To był aksjomat, jak to, że lody śmietankowe w budce koło rynku kosztowały dziewięć kopiejek.

Trudno już dzisiaj ustalić, w którym momencie dziecięce serca zaczął drążyć robak wątpliwości.

Minie wiele lat, zanim chłopczyk, który na śledztwie pluł Koli Kirpiczonkowi w twarz i nigdy nikogo „nie wydał” (a Kola, ocierając rękawem ślinę, kopał „partyzanta” boleśnie pod żebra nogą w „esesmańskim” chińskim trampku), zrozumie, że wojna to bohaterstwo i brudna gra polityczna zarazem, odwaga obok tchórzostwa, zimny rachunek obok brawury, i że wszystko to i wiele więcej jest ludziom przydzielane wcale nie wedle tego, czyja wojna jest sprawiedliwa, a czyja nie. Minie jeszcze sporo lat, zanim ten chłopczyk przeczyta u Wasila Grossmana rozmowę komendanta niemieckiego obozu koncentracyjnego z jego więźniem, zagorzałym bolszewikiem, co to widział Lenina. Wypielęgnowany Niemiec, faszystowski intelektualista, elegancko wydmuchując aromatyczny dymek z papierosa, powie do wygłodzonego muzułmanina te mniej więcej słowa: wojna między hitlerowskimi Niemcami i stalinowską Rosją to tragiczna niedorzeczność. Pocieszeniem może być tylko jedno: ktokolwiek będzie górą — zwycięży nasza sprawa. A później ten chłopczyk pozna ludzi, którzy chcieli walczyć za Białoruś, która nie byłaby zależna ani od Moskwy, ani od Berlina, i w końcu znaleźli się w mogiłach pod Monte Cassino albo w stalinowskiej wiecznej marzłoci, lub też osiedli na wybrzeżu Ontario i na Manhattanie. A jeszcze później spotka obwieszonego orderami i medalami „weterana Wielkiej Ojczyźnianej”, o którym będzie wiadomo z dokumentalną ścisłością, że przez całą wojnę wykuwał zwycięstwo, rozstrzeliwując „wrogów ludu” pod Nowosybirskiem. Kola Kirpiczonek w tym czasie będzie już dawno na służbie w KGB, a Wowa Cymerman na wszelki wypadek wyemigruje do Izraela i pewnie się nie dowie, że Chatyń[2] wraz z mieszkańcami spalili Ukraińcy, że Żydów i Białorusinów rozstrzeliwali i palili w chatach Łotysze, a na Głęboczyznie i Lepelszczyznie dokonywali bestialstw „żołnierze rosyjscy” z oddziałów Rodionowa, zanim przerzucili się do partyzantki, żeby okupić swe grzechy.

Wiele się jeszcze później zdarzy, ale tymczasem — o robaku wątpliwości w dziecinnym sercu.

Mógł zagnieździć się w ów daleki Dzień Zwycięstwa, gdy po raz pierwszy zobaczyłem ojca solidnie podpitego. Najpierw ze swego prokuratorskiego munduru zdjął order Czerwonej Gwiazdy i dobry dziesiątek medali, a potem mnie i siostrzyczce zaczął opowiadać jakieś bardzo niebohaterskie historie, które uczepiły się mej pamięci jak strzępki pajęczyny z dawnego babiego lata: o panicznym wycofywaniu się „naszych” stepami do rzeki Don, o piwnicach winnych madziarskiego hrabiego, gdzie w winie z rozłupanych wystrzałami z broni beczek potopiło się kilkudziesięciu pijanych czerwonoarmistów, i o swym przyjacielu, którego za jakąś Dusię zastrzelił człowiek o dziwnym nazwisku Smierszowiec... Mętne wspomnienia skończyły się tym, że ojciec się rozpłakał i widocznie z zemsty na tym Smierszowcu, swym pięciofuntowym kułakiem rozwalił ściankę naszej szafy z dykty. Rozpłakałem się ze strachu. Beczała także moja siostrzyczka, bo chciała zobaczyć sztuczne ognie. Płakała też mama, cały wieczór wyciągając drzazgi z rozbitej ręki ojca. Tak właśnie zapamiętałem tamto święto: całe we łzach.

A może dziecięca jasność widzenia wojny uległa zmąceniu po raz pierwszy, gdy podczas innego Dnia Zwycięstwa brat ojca, stryjek Sania, zaintonował piosenkę z zagadkowymi słowami, trącącymi posmakiem „brzydkości”, o sowieckim dowódcy, który z początku dowodził kompanią, a później

Na Leningrad drałował przez błota,
Cnotę wdowiną szturmując.

A może winę ponoszą ostrożne napomknienia mamy o folksdojczu Paulu z niemieckiego garnizonu w ich naddnieprzańskiej wiosce, o Paulu, który uprzedzał wieśniaków, kiedy będzie łapanka młodzieży na roboty do Niemiec albo kiedy będą zabierać krowy, miał zaświadczenie niemieckiej organizacji antyfaszystowskiej, wyraźnie podobał się mojej mamie i tańczył z nią na wieczorynkach, przekazywał partyzantom potrzebne informacje i w końcu z czyjegoś rozkazu został zastrzelony przez wyraźnie zakłopotanych chłopców z lasu tuż za chatą, do której przyniósł kolejny papier z jakimiś liczbami i rysunkiem?

Moja babcia Auhińnia, wdowa po „wrogu ludu” rozstrzelanym w 1933 roku, o tych partyzantach wypowiadała się z niezwykłą dla swej potulności ekspresją. Najsilniej zapadła mi w pamięć historia z ostatnią karmicielką wielkiej rodziny, młodą krówką Ciasiutką, którą ukrywano w odrynie za sianem, ale sąsiad Apanas, były aktywista komitetu biedoty, uczestnik rozkułaczania i donosiciel, wywąchał coś i przyprowadził do odryny koleżków z karabinami. Stali i nasłuchiwali, czy siano nie dycha, ale mądra rogula, czując niebezpieczeństwo, zataiła oddech i uratowawszy się sama, uratowała życie mojej mamie i jej siostrom, a moim późniejszym ciotkom, które pół stulecia później, gdy mama już będzie w lepszym świecie, będą mnie wypytywać, dokąd też został wybrany na samego najgłówniejszego ich krajan A. Łukaszenka — do Moskwy czy do Mińska?

Podejrzewam, że wątpliwości podobne do moich lęgły się nie tylko w moim sercu, skrywaliśmy je tylko starannie, przedłużając swoją „wojnę”, na której gdzieś w piątej klasie raptem pojawiły się fizylierki, wywiadowczynie i siostry miłosierdzia. To im właśnie było sądzone w niedługim czasie przerobić nas, gruboskórnych wojaków, w prawie cywilizowanych cywilów, zdolnych co najwyżej do lokalnych pogranicznych potyczek z odwetowcami z RFN (co dzięki nazwie jednego z przedmieść Połocka rozwijaliśmy jako Republikę Federalną Nowosiółki).

Później przyszła zima z zawiejami, gdy przenieśliśmy się do Nowopołocka i gdy na stole w muzeum bojowej chwały płonęła świeca.

Sądzę, że odmówiłem złożenia przysięgi nie tylko ze strachu przed krwią czy z powodów higienicznych. Szedł mi wszakże piętnasty rok i byłem już w stanie, przy całym ówczesnym infantylizmie, powiązać niektóre fakty w niezbyt prawomyślne sylogizmy.

Oczywiście, za wcześnie jeszcze było, by powiedzieć wychowawczyni klasowej, że straszniejsza od wojny z hitlerowcami była wojna władzy z własnym narodem, a śmierć w Kurapatach czy w naszych połockich Bielczycach była o wiele bardziej okrutna od śmierci pod Stalingradem czy w operacji „Bagration”. Jednak dobrze wiedziałem, że jestem wnukiem zrehabilitowanego pośmiertnie dziadka Maksyma. Od ojca słyszałem, że stalinowskie „przegięcia” obliczano (podówczas) na dziesiątki tysięcy istnień ludzkich, więc pewnego razu, w odpowiedzi na bezkrwawe już namowy wychowawczyni, żebym wstąpił w szeregi tropicieli, zaproponowałem, żebyśmy zbierali wiadomości nie tylko o bohaterach Wielkiej Ojczyźnianej, ale również o tych zamęczonych przez NKWD. Wychowawczyni spojrzała na mnie jak na przybysza z południowej półkuli Jowisza lub jak na zbiega z byłego klasztoru bernardynów na połockim Zadźwiniu, gdzie było wariatkowo i gdzie w tym samym mniej więcej czasie psychiatrom potrzebna była cegła, wobec czego rozebrano babiniec klasztornego kościoła, a kości pochowanych pod nim nieboszczyków porozrzucano na dziedzińcu pod nogi pacjentów.

W wyniku mojej propozycji doszło do poważnej rozmowy wychowawczyni z matką. Zostałem uznany za wyrostka ideowo zapuszczonego. Zwłaszcza, że nie była to pierwsza moja wroga manifestacja. Pewnego razu na lekcji historii, usłyszawszy od nauczycielki, że Lenin na emigracji „głodował i chodził w ubogim, znoszonym ubraniu”, ja i piątkowicz Misza Pieniawski, oburzeni taką mitologizacją, parsknęliśmy głośnym śmiechem. Kiedy indziej na lekcji literatury próbowaliśmy protestować przeciwko próbie montażu literackiego na spotkanie z kolejną delegacją weteranów, z którymi mieliśmy zasiąść na scenie w auli szkolnej wokół partyzanckiego ogniska, skombinowanego z wentylatora i przymocowanych do niego pionierskich krawatów. (Gwoli prawdzie trzeba przyznać, że przyczyna naszego protestu była banalna: nie umieliśmy swoich wierszowanych tekstów, jak zresztą i lekcji literatury.)

Wśród tych, co przychodzili do naszej klasy i do muzeum chwały bojowej w mundurach z baretkami odznaczeń, byli różni ludzie. Siwy partyzancki dowódca opowiadał na przykład, jak sam jeden pokonał w walce 47 faszystów i wskazując na portret głośnego połockiego konspiratora, zawieszony w muzeum, krzyczał, że to był wróg, który pracował w magistracie i wydawał ludzi sowieckich. Konspirator ze swej strony opowiadał, jakoby wydawał nie ludzi sowieckich, a fałszywe dokumenty, chroniące połocczan przed aresztowaniami i wywózkami na zachód, portret zaś swego adwersarza z lasu ubarwiał szczegółami o wysyłaniu ordynansów w rajdy bojowe dla wyszukiwania po wioskach co ładniejszych dziewcząt i młodych mężatek. Pamiętam, że najbardziej wierzyliśmy bezrękiemu wyzwolicielowi Połocka, na którego piersi wisiał tylko jeden medal „Za odwagę”, i jeszcze minerowi partyzanckiemu, który wspomniał, jak przy nasypie kolejowym, pod nosem niemieckich patroli przeleżał z miną cały dzień, obsikiwany od stóp do głów przez leśne mrówki, patrząc jak mu między palcami wyrasta trawa.

To bodaj wtedy usłyszałem też nagranie magnetofonowe pieśni nieznanego moskiewskiego barda o rocie strzelców, po której wiosną spływają strumyki i przerastają przez nią przylaszczki. Głos z chrypką pod Wysockiego śpiewał:

Ach ta rota, ach ta rota,
Kto ją przyprowadził tu,
Kto ją tutaj rzucił w śnieg?
Ach ta rota, ach ta rota,
Nawet wiosną w wiecznym śnie,
Nawet wiosną w wiecznym śnie...

A refren był taki:

Do ataku szła przez błota,
Lecz tam była pewna śmierć.
Odstąpiła. Więc tę rotę
W śniegach tych wystrzelał SMIERSZ.

Postanowiłem, że nie zaproponuję jednak wychowawczyni, byśmy zbierali wiadomości o działaniach SMIERSZA i oddziałów zaporowych. Uznałem też, że lepiej będzie nie wypytywać o wieś, którą wraz z mieszkańcami podobno spalili nie faszyści, lecz enkawudyści przebrani w niemieckie mundury za to, że na początku wojny poili tu Niemców mlekiem; ani też o to, czy to prawda, że był rozkaz likwidowania szkółek białoruskich otwieranych na okupowanych terytoriach, a przy okazji puszczenia w rozkurz białoruskich nauczycieli... Słyszeliśmy o tym od weteranów, którzy po występach oficjalnych, wziąwszy się do kielichów, odchylali się od linii generalnej.

Krótko mówiąc — czerwonym tropicielem nie zostałem.

Ten kłębek wspomnień jął się rozwijać dlatego, że skaleczyłem się żyletką w palec. Nie miałem wcale zamiaru rzucać podstępnie cienia na weteranów drugiej wojny światowej, w tym również i na tego dwakroć rannego, który nazywał się Alaksiej Arłou. Wiem, że dla was ten dzień, w którym ogłoszono koniec Hitlera (nie bacząc na to, ze już następnego dnia na ulicach naszych wyzwolonych od Niemców miast, miejsce czarnych gestapowskich bud zajęły czarne duszołapy naszych dzielnych czekistów, nie bacząc na nawrót kołchozowej pańszczyzny, na wędrówkę na Sybir już nie wiosek lecz całych narodów, nie bacząc na to, że zaledwie parę lat później zwyciężeni zaczęli żyć w znacznie większej sytości i dostatku od zwycięzców, nie bacząc na to, że zwycięska Białoruś straciła w wyniku drugiej wojny Wileńszczyznę i Białostocczyznę), pozostanie na zawsze najszczęśliwszy.

To zwycięstwo dla was do końca życia pozostanie Wielkim Zwycięstwem.

Ale przecież i wy już dawno zrozumieliście, że wygrywając wojnę, można przegrać pokój.

Czesław Seniuch

1 Wiersz „Zimowa noc” z cyklu „Wiersze Jurija Żiwago”.

2 Wieś koło Mińska, spalona wraz z mieszkańcami przez hitlerowców w czasie Drugiej Wojny Światowej. Na miejscu tragedii po wojnie wybudowano memorialny kompleks, upamiętniający ponad 600 wsi spalonych przez niemieckiego okupanta na Białorusi. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że władze komunistyczne zdecydowały o wybraniu Chatyni ze względu na podobieństwo nazwy do Katynia, by stworzyć „szum informacyjny” wokół ukrywanej sprawy mordu polskich oficerów w Katyniu. Ponadto wyszło na jaw, że Chatyń spalili nie Niemcy, a batalion polic