Notice: Undefined index: source in /www/assets/classes/UASparser.php on line 16

Requiem dla piły motorowej

Arłou Uładzimier


Za górą, za rzeką

Ta rzeka to Cisa. Kiedyś opowiadał o niej sowiecki pisarz A. Awdiejenko. Od dzieciństwa tkwiła w pamięci fraza: gdy spluniesz nad Cisą, niechybnie trafisz albo w banderowca, albo w szpiega, albo w czekistę, albo jeszcze w kogoś innego do zadań specjalnych. To po naszej stronie, a co po tamtej — nawet strach było pomyśleć.

Stoję nad Cisą ogarnięty wspomnieniami i przygotowuję się do kontroli celnej.

Tam, za rzeką, są Węgry, kraj Madziarów.

*

Pierwsze, co zwraca na Węgrzech uwagę — Madziarzy mówią, śpiewają piosenki, uczą dzieci i modlą się w kościołach w swoim rodzimym języku. Już za tę jedną cechę zasługują na bardziej ludzkie życie niż Białorusini.

*

W Debreczynie, pierwszym węgierskim mieście na trasie naszej wycieczki z Mińska, obudziliśmy się 15 marca. Akurat obchodzili tu rocznicę zrywu narodowo-wyzwoleńczego z 1848 roku, stłumionego przez wojska carskiej Rosji — ówczesnego żandarma Europy.

Dzień był oczywiście wolny od pracy. Na piersi każdego napotkanego widniały trójkolorowe odznaki i wstążeczki, dzieci i dorośli nieśli czerwono-biało-zielone chorągiewki. Setki mieszkańców z kwiatami zebrały się wokół pomnika Sandora Petőfi’ego, którego wiersz „Pieśń nacjonalistów” stał się hymnem powstania. Zaczynam liczyć chorągiewki zatknięte w klombie przy pomniku. Mylę się przy trzeciej setce. (25 marca, w dniu proklamacji Białoruskiej Republiki Ludowej, poszedłem w Mińsku do pomnika autora „Pogoni”[1]. Na pustym piedestale dosychały trzy goździki.)

Flagi powiewają nie tylko przy każdych drzwiach, ale także na balkonach i w oknach. Jeden tylko budynek wygląda zwyczajnie i powszednio. Może mieszkają tutaj potomkowie Habsburgów, przeciwko którym powstawali Madziarzy? Nie, to konsulat generalny ZSRR. Widocznie jego gospodarze nie mogą darować Węgrom ani wyswobodzenia się z komunistycznych pęt, ani witryn okolicznych sklepów, wokół których kręcą się sowieccy turyści. Żeby nie zapomnieli, że są przedstawicielami przodującego kraju, wymieniono tym turystom aż po 19 rubli. Za otrzymane 500 forintów można 17 razy przejechać się miejskim autobusem w obie strony albo sto razy odwiedzić szalet publiczny.

*

Turystów kuchnia węgierska zdumiewa przede wszystkim tym, że do obiadu i do kolacji zamiast kawy czy herbaty podaje się wodę z kranu. Jeśli się to komuś nie podoba, może zamówić wino, brandy albo coś innego. Ale żeby mieć na to pieniądze, trzeba pójść na rynek i zahandlować przewiezioną przez granicę kontrabandą.

Na węgierskim rynku, podobnie jak i w innych krajach, gdzie komuniści już się nie zajmują ideologicznym zabezpieczaniem kampanii siewnej i wytwarzaniem towarów konsumpcyjnych, wszystko sprzedaje się półtora albo i dwa razy taniej niż w sklepach państwowych i prywatnych, które są zawalone towarami.

Rynek kipi. Polacy tutaj wydają się niemal ziomkami. Obywatele ZSRR, kierując się poczuciem proletariackiego internacjonalizmu, kupują radiomagnetofony „International” i litrowe butelki 96-procentowego spirytusu. Moi towarzysze podróży rozpakowują walizy — okazuje się, że prawie połowę z nich należałoby aresztować. Duszę opanowuje słodkie marzenie o tym, że nadejdzie czas, kiedy posadzą tych, którzy dokonawszy za nas socjalistycznego wyboru zmuszają nas, żebyśmy ciągali to wszystko przez granicę.

Po godzinie dwie damulki z naszej grupy szeleściły już tysiącforintowymi banknotami. Po upływie następnej skradziono im torbę z towarem, portmonetki z pieniędzmi i paszporty.

Mocniej przyciskam do piersi torbę z kilkoma przewiezionymi — jak się wydaje, zgodnie z prawem — butelkami i pytam naszego pilota, za ile można sprzedać szampana. Pani Ildiko nie wie. Jej rodzina na szampana nie może sobie pozwolić.

Potem jeszcze się wyjaśnia, że Ildiko i jej rodzice jedzą mięsne potrawy tylko dwa razy w tygodniu — węgierska średnia statystyczna.

Ale nie spieszmy się z żalami nad nieszczęsnymi Madziarami. Po prostu mają inne standardy. Mięso jedzą tylko dwa razy na tydzień, ale za to mają własny trzypokojowy dom z garażem (wcale nie pustym). Zresztą i mięso, jakie smaży Ildiko, to nie nasz radioaktywny, żylasty ochłap wystany w długiej kolejce, gdzie człowiek człowiekowi staje się kolegą, towarzyszem i bratem. Mięso Madziarka kupuje w takim sklepie, do którego nasza gospodyni mogłaby pójść dopiero po zażyciu walidolu, bo tam samej tylko kiełbasy ze dwadzieścia gatunków. A zamiast drogiego szampana można po znośnej cenie nabyć butelkę „Byczej krwi” albo tokaju, albo... „Dzisiaj w sprzedaży 150 gatunków win i likierów” — skromnie informuje wywieszka na jednym z budapeszteńskich sklepów.

Tutaj nie pasażerowie czekają w kolejce na taksówkę, ale odwrotnie. Niemożliwe, aby na drzwiach kawiarni czy restauracji wisiało zawiadomienie o braku miejsc. Żeby utrzymać swój życiowy standard, przeciętny Węgier pracuje 12 godzin i 10 minut przez pięć dni w tygodniu. Dobrze jednak wie, że zarobiwszy swoje pieniądze, za kilka minut może kupić prawie wszystko, czego dusza i ciało zapragnie.

Węgierka wyszła na brzeg Dunaju,
Wrzuciła do wody biały kwiat.
Poranny dar węgierskiego kraju
Nurt wartki przyjął i poniósł w świat.

Pogwizdując piosenkę z czasów swojego dzieciństwa spaceruję sobie po stołecznym nabrzeżu i nie mogę się pozbyć wrażenia, że ostatnimi czasy do Dunaju — na Węgrzech, w Jugosławii, Bułgarii, Rumunii, a także w „naszej” Mołdawii — najczęściej rzucają nie kwiaty, ale pomniki „przywódców proletariatu”.

Tak naprawdę, przynajmniej na Węgrzech, było inaczej — pomniki Lenina oraz jego różnego rodzaju naśladowców, którzy świetlaną przyszłość ludzkości przybliżali rozstrzeliwaniem, głodem i bezlitosną eksploatacją narodu, w cywilizowany sposób zdemontowano i ukryto przed ludzkim wzrokiem.

Nieporównywalnie trudniej jest zdemontować ich dziedzictwo — zlikwidować planowaną ekonomikę, urawniłowkę, otworzyć drogę prywatnej własności, przedsiębiorcom...

Nasz pilot Pal mówi, że oni już rozpoczęli, a nas jeszcze to wszystko czeka.

Nasz wycieczkowy kapuś Sasza próbuje występować z obroną socjalizmu.

Saszę rozpracowaliśmy już pierwszego dnia, kiedy wszystkich wypytywał o złoto i walutę oraz o to, czy to prawda, że Białoruski Front Narodowy[2] otrzymuje złoto z Izraela.

Nie pasowała mu także opowieść przewodnika o powstaniu narodowym w 1956 roku, kiedy to godnie przedłużając bojowe tradycje żandarma Europy, Związek Radziecki rzucił przeciwko Budapesztowi tyle czołgów, ile w 1940 Guderian poprowadził na Paryż. Trochę uspokaja go wiadomość, że nowe węgierskie władze zdecydowały wypłacać renty nie tylko rodzinom poległych powstańców, ale także rodzinom zabitych w czasie walk węgierskich „bezpieczniaków”, którzy strzelali do swych braci.

— Wot eto prawilno! — mówi Sasza.

— Tak — godzi się pan Pal. — Wszyscy są ofiarami komunizmu.

*

Mamy trochę wolnego czasu: ci co nie muszą iść na rynek, mogą spokojnie przejść się po Peszcie.

Naddunajskie dzielnice bardzo przypominają Paryż, ten, który znamy z francuskich filmów.

W przejściu podziemnym na ulicy Rakoczy’ego na rozkładanym krzesełku siedzi Murzyn. Brzdąkając na gitarze śpiewa po angielsku coś melancholijnego i nieprzychylnie spogląda na białego żebraka, który usiadł po przeciwnej stronie przejścia. Obok nóg Murzyna leży wytarty, brunatny kapelusz przystrojony czerwono-biało-zieloną wstążeczką. Za każdym razem, gdy wpada do niego trochę forintów, czarną, lśniącą twarz rozświetla perłowy uśmiech.

Wysupławszy się z niewielkiego tłumku słuchaczy, jakiś człowiek w dżinsach podchodzi do Murzyna i klepie go po plecach — słyszę obszczeponiatnyj jazyk:

— Fajny z ciebie chłop, ale nie mam ci co dać.

— A ty jesteś ch...wy chłop — nieomal bez akcentu odpowiada Murzyn. — Mógłbyś odpalić z dziesiątaka.

Tłumek z uznaniem spogląda na białego człowieka, który umie gadać po murzyńsku.

W dwugwiazdkowym hotelu „Wiedeń”, gdzie się zatrzymaliśmy, opowieść o Murzynie nie wywołuje szczególnego zainteresowania. W centrum uwagi znajduje się wyprawa dwóch naszych wycieczkowiczów do nocnego baru na ostatnim piętrze, w którym dowiedzieli się, że kobieta tu kosztuje trzy tysiące forintów, w dodatku nie za noc, a za godzinę.

— Sasza, a twoja kancelaria daje ci pieniądze na baby? — zainteresował się ktoś z wycieczki.

Kapuś Sasza uśmiecha się złowróżbnie, a mnie się przypomina zasłyszana od znajomego marynarza historia o tym, jak go złapali w duńskim domu publicznym. W najistotniejszym momencie mój znajomy usłyszał zza drzwi: „Towarzyszu Gorielik, jesteście tam?”

Nie wiadomo dlaczego robi mi się żal i marynarza, i siebie samego, i Murzyna, który śpiewa na ulicy Rakoczy’ego. Przypominam sobie, do kogo ten Murzyn jest podobny — do czarnoskórego studenta Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego, który mieszkał w naszym akademiku razem z dwoma Wietnamczykami i codziennie, o północy i o szóstej rano, zmuszał ich do słuchania hymnu ZSRR na stojąco. Sajuz nieruszimyj riespublik swobodnych
Spłotiła na wieki wielikaja Ruś...

A jak wypadło referendum na Białorusi w sprawie dalszego losu Związku? Nasza grupa musiała je — niektórzy przymusowo, a niektórzy nie — zbojkotować. Przed kolacją pytamy o to pilota.

Usłyszawszy o wstępnych wynikach referendum, Sasza i jeszcze dziesięciu innych ludzi sowieckich klaszcze w dłonie. My jesteśmy za Związkiem. My drugoj takoj strany nie znajem...

*

Ostatnie węgierskie miasto — Eger, potem wracamy. Niewiarygodnie czyste i zadbane uliczki, stare budynki, średniowieczne fortece i kościoły. Ileż to lat temu umarł w tym mieście ostatni prawosławny, ale prawosławnego soboru z tej przyczyny nie przerobiono na skład nawozów sztucznych i w rocznicowe święta, jak za dawnych czasów, odprawia w nim msze serbski arcybiskup z Budapesztu.

Na ulicach takiego miasta czujesz się tak samo pewnie i swojsko, jak w swoim własnym domu. Takie mogłyby być nasze Grodno czy Nieśwież, gdyby nie bolszewicy i inni wierni leninowcy. Byłe egerskie rezydencje ich węgierskich popleczników — budynki po miejskich i wojewódzkich komitetach partii Kadara —dawno temu oddano w dzierżawę, ale wciąż jeszcze stoją puste. Pewnie dzierżawcy czekają, aż się porządnie wywietrzą.

Podczas wycieczki pan Pal przypomina wojewodę Siedmiogrodu — Madziara Stefana Batorego, którego wybrano królem Polski i księciem Wielkiego Księstwa Litewskiego. Większość z moich współpasażerów słyszała o pogromcy Iwana Groźnego i wyzwolicielu Białorusinów spod moskiewskiej niewoli mniej więcej tyle, co o ostatnim królu Inków.

— Dlaczego on powiedział, że to nasz król? — nic nie rozumiejąc pyta jedna z turystek. — Myśmy przecież mieli carów, a nie królów.

Okazuje się, że nasz przewodnik wie o Białorusinach nieco więcej niż przeciętny Węgier. Prywatnie słyszał, że rodzima sowiecka władza na Białorusi pozamykała białoruskie szkoły. Jak jest z tymi szkołami teraz, po przebudowie?

— Po wioskach to jeszcze gdzieniegdzie przetrwało, a tak w ogóle to wszyćko umrzywa — dziarsko odpowiada mieszkanka białoruskiej stolicy, nie rozumiejąc ani istoty, ani współczującego tonu pytania pana Pala.

Słowa rodaczki przypominają: już niebawem wracamy do domu, tam gdzie „wszyćko umrzywa”

*

Odbył się już wieczorek pożegnalny, na którym wycieczkowicze odśpiewali „Podmoskownyje wiecziera”. Za oknami autobusu ostatnie kilometry węgierskiej ziemi. „Boże, jakiż ostry muszą tu mieć deficyt papy!” — myślę z rozpaczą, spoglądając na kryte dachówką domy, chlewy, kurniki i nawet psie budy.

*

Uśmiech węgierskiego celnika, jego zdrastwujtie, do swidanija i inne europejskie sztuczki wzbudzają w nas niemal oburzenie. Jesteśmy przecież patriotami. Wręcz z tkliwością patrzymy na sowieckiego chłopaka z zielonymi pagonami, który wcale się nie uśmiecha i nie pozwala sobie na żadne sentymenty typu do swidanija.

— Jazda! — rozkazuje naszemu kierowcy i przejeżdżamy sporo już przesuniętą na wschód granicę obozu socjalistycznego.

*

Przed wejściem do pomieszczenia kontroli celnej napisy: „Nie tarasować przejścia!” Do każdego czyjaś skrzętna ręka dopisała: „dupskiem”.

Już w samej nazwie przygranicznego sowieckiego miasteczka Czop pobrzmiewa znajoma, czriezwyczajnaja nuta — CzON, CzK, CzP[3]...

Znajome aż do bólu szyldy i obwieszczenia, aż się chce je przytulić do piersi — „Komendantura”, „Milicja”, „Sprzedaż wyłącznie na kartki”, „Toaleta nieczynna”, „Imię i dzieło Lenina będą żyć wiecznie”... Jak swojsko i mile wpasowuje się w zaśmiecony przydworcowy krajobraz i sam obkakany przez gołębie lenin. Jeszcze jeden lenin, pozłacany, schował się przed destruktywnymi gołębiami do dworcowej poczekalni. U nóg Iljicza trzech pasażerów rozścieliło gazetę z fotografią Gorbaczowa, kroją na nim słoninę i, trwożliwie rozglądając się na boki, wyjmują musztardówkę.

Wpatruję się w drogą mi od dzieciństwa, łagodną i mądrą twarz przywódcy. Wódz ze wstydem odwraca oczy od butelki „Huculskiej” na gazecie i przenikliwie spogląda w dal, na wywieszkę „Restauracja nieczynna z braku wody”. Mam wrażenie, że jego usta szepczą coś genialnego:

— Jak mamy zreorganizować Inspekcję Robotniczo-Chłopską?

— Socjalizm to kontrola...

Jeśli chodzi o ten leninowski nakaz, to w Czopie panuje pełny socjalizm. Połowa sklepów nieczynna z powodu kontroli i remanentów, ale chyba szybko otworzą, bo wystawiony w witrynach asortyment świadczy o tym, że remanentu można dokonać błyskawicznie.

Tablica na budynku dworca oznajmia, że w Czopie żyją ludzie różnych narodowości, zjednoczeni jedną ogromną sprawą — budową komunizmu. Na dobrą sprawę, na tablicy powinny znajdować się napisy i w innych językach, żeby obcokrajowcy także zrozumieli, dlaczego są nieczynne obie dworcowe toalety. (Należy przypuszczać, że w komunizmie toalety nikomu już nie będą potrzebne.)

Tymczasem na dworcu i wokół niego nerwowo przechadza się parę dziesiątków naszych i zagranicznych obywateli. Ludzie sowieckiego hartu szybko znajdują wyjście — niektórzy zmierzają w głąb skwerku, inni kryją się za pociągi albo wciskają do sektora prywatnego.

Nieskazitelnie ubrany siwy obcokrajowiec z miną cierpiętnika odważył się szarpnąć drzwiami zamkniętej z powodu remontu toalety. Przybytek zalany jest śmierdzącą cieczą, wśród której tu i ówdzie wystają cegły. Gościowi wystarcza siły tylko na dwa skoki. Nie sięgnąwszy trzeciej cegły, ląduje na dnie i z rozpaczą podciąga uszyte gdzieś w Paryżu czy Hamburgu spodnie. Ale tu nie Monte Carlo. Gnojówka sięga do kostek i białe zagraniczne skarpetki natychmiast przybierają mniej rzucającą się w oczy barwę.

*

W witrynie zamkniętego na czas remanentu sklepu fruwa wróbel. Za szybą kiosku z gazetami numer moskiewskiej czy innej mniej więcej takiej samej „prawdy” z ogromnym tytułem: Narod skazał Sojuzu „da”! Narod skazał „da” socialisticzieskomu wyboru.

Bardzo bym chciał spojrzeć w oczy temu, kto przysiągłby na wierność socjalistycznemu wyborowi, nie na ekranie telewizora, a stojąc na cegłach w śmierdzącej gnojówce.

Po peronie, smętnie opuściwszy głowę, wlecze się siwy cudzoziemiec z mokrymi nogami. Nad budynkiem dworca hasło: „Niech żyje marksizm-leninizm — wiecznie żywa, rewolucyjna, internacjonalistyczna idea!”

Na obliczu gościa zwiedzającego nasz kraj maluje się pokora.

Ale on ma dokąd wrócić.

A myśmy już wrócili.

Marzec, 1991.

Halina Maksymiuk

1 Maksim Bahdanowicz (1891-1917), wybitny poeta białoruski.

2 Organizacja opozycyjna utworzona w 1988 r.

3 Czast’ Osobowo Naznaczienija (jednostka specjalna), Czriezwyczajnaja Komissija (Komisja Nadzwyczajna, Czeka), cz